| Wywiad z Bartkiem Suchem |
|
|
|
| Wpisany przez Zbyszek | |||
| poniedziałek, 10 września 2007 20:37 | |||
Na zgrupowaniu w Gdańsku miałem okazję porozmawiać z reprezentantem naszego kraju i zawodnikiem MKTS "
Trasko"
Ostrzeszów - Bartkiem Suchem. ![]() Zbyszek Stefański: Bartek powiedz mi jaki trener z początku twojej kariery szczególnie zapadł ci w pamięci? Bartek Such: To bez wątpienia pan Władysław Chrabąszcz. Z.S: Kiedy dla ciebie rozpoczął się prawdziwy tenis stołowy? B.S: Cały okres przed powołaniem do gdańskiego ośrodka to była tak naprawdę zabawa. Dopiero w Gdańsku szerzej otworzyłem oczy. Miałem okazję na żywo oglądać najlepszych w Polsce. Zacząłem się uczyć tenisowego abecadła. Bardzo mi pomógł Leszek Kucharski. Nauczył mnie życia i gry. Wiem, że o Leszku nie wszyscy mówią dobrze. Nie jest on na pewno łatwym człowiekiem. Starałem się brać od niego najlepsze rzeczy. Bardzo mnie do niego przybliżyło podobne w naszych przypadkach dzieciństwo. Często trenowałem z nim indywidualnie. Z.S: No właśnie, ale potem jak wiemy, po zdobyciu wicemistrzostwa Europy juniorów nastąpił okres stagnacji... B.S: Rzeczywiście tak było. Złożyło się na to kilka czynników. Jest dla mnie oczywistym skandalem, że po zakończeniu wieku juniora zostawiło się nas samym sobie. Ja jestem typem zawodnika, który potrzebuje dobrego trenera. Tego w tym jakże ważnym okresie mojej kariery niestety zabrakło. Do tego doszły moje błędne decyzje. W 2000 roku miałem już propozycję gry w Bundeslidze. Byliśmy wtedy związani kontraktami z PZTS, które wykluczały wyjazdy do zagranicznych klubów. Blokowało to w konsekwencji nasz rozwój sportowy. Zabrakło też odwagi, chęci przeciwstawienia się temu, wynajęcia dobrego prawnika itd. Z.S: Co było dalej? B.S: Dostałem stosunkowo szybko niezłe pieniądze w Polsce. W wieku 18 lat. Wszystko to mnie trochę przerosło, zacząłem gorzej trenować. Przez pół roku robiłem i trenowałem jak chciałem, bez trenera na sali. Z.S: Jak byś porównał swoją generację z generacją Lucka Błaszczyka? B.S: Trudno odpowiedzieć, to trudne pytanie. Na pewno w przypadku całej grupy pod przewodnictwem Jerzego Grycana było lepsze to, że przez wiele lat ze sobą trenowali, przebywali razem. Trener Grycan zwracał też więcej uwagi na mentalną stronę treningu sportowego. Dopiero teraz wiem jak jest to ważne. W naszej grupie ciągle ktoś przychodził i odchodził. Ja też zresztą bardzo późno trafiłem do ośrodka w Gdańsku, a Daniel Górak w ogóle w nim nie trenował. Byliśmy z różnych miejsc, z różnych grup treningowych. Tak to widzę. Jedno wiem: nasza generacja wygenerowała o wiele mniej wartościowych zawodników. Nie odnosimy takich sukcesów jak nasi starsi koledzy. Z.S: Wspominałeś o trudnym okresie swojej kariery. Czy był taki dzień, który był początkiem czegoś nowego? B.S: Tak był taki dzień. Nawet pamiętam w jakich okolicznościach i kiedy to było... Z.S: ? B.S: Na MP w Gdańsku po brudnych pomówieniach o branie narkotyków, które niby były ważniejsze od pingponga. Przedtem było parę nieudanych występów w Pro Tourach. Wtedy powiedziałem sobie: dość, ja wam jeszcze pokażę. To była krótka, ale bardzo ważna w moim życiu decyzja - moja prywatna. Sam sobie pomogłem. Z.S: W tym roku zaczęliście wasze przygotowania do sezonu w Zakopanem? B.S: Tak, to będzie długo niezapomniany obóz. Z.S: Dlaczego? B.S: Po pierwsze świetnie przygotowane i przeprowadzone zajęcia przygotowania fizycznego pod kierunkiem Grześka Nurzyńskiego. Po drugie osoba Jerzego Grycana i jego trening przygotowania psychicznego. Pierwszy raz słyszałem i powiązałem w mojej filozofii gry takie terminy jak:stabilizacja psychiczna - wynik sportowy - stan idealnej bezinteresowności - skuteczna gra w końcówkach. Oby takich zajęć i osób jak Jerzy Grycan było więcej. To było coś niesamowitego. Z.S: Potem był obóz przygotowawczy w Austrii i w Niemczech? B.S: Pojechaliśmy do Austrii, gdzie trenowaliśmy w bardzo silnej, międzynarodowej grupie. Tacy zawodnicy jak np. Primorac, czy Tokic - to profesjonaliści w każdym calu. Jakość treningu była bardzo wysoka. Z.S: Niedawno uczestniczyłeś w Prague Open, gdzie pokonałeś samego Korbela. Opowiedz coś o tym. B.S: Pojechałem tam na zaproszenie Petra, z którym jestem zaprzyjaźniony. Graliśmy przecież w ostatnim sezonie w jednej drużynie (w Düsseldorfie). Wychodziło mi dosłownie wszystko. Mogłem wygrać jeszcze wyraźniej, ale nie chciałem... Z.S: ? B.S: Było mi głupio, że go tak dosłownie demoluję u niego w domu. Wstydziłem się tego. Z.S: Jak myślisz, czy to samo odczuwałby Niemiec Christian Süss. To przecież również jego kolega z drużyny z Düsseldorfu. B.S: Na pewno nie, chciałby wygrać jak najwyżej. Tu wychodzi niemiecka mentalność, która mówi: to ja jestem najlepszy. Może dlatego nawet przeciętni zawodnicy tego kraju wygrywają tak dużo? Z.S: Jakie masz cele na ten sezon? B.S: Oczywiście zakwalifikowanie się na IO do Pekinu. Jednak ze spokojnymi przygotowaniami do turnieju kwalifikacyjnego będzie sporo problemów. Z.S: Dlaczego tak to widzisz? B.S: Nominacje do turnieju kwalifikacyjnego powinny być już teraz przez trenera narzucone. Jeśli nie byłaby to np. moja osoba to bym to zaakceptował. Natomiast nominowani zawodnicy mieliby czas na spokojne przygotowanie się do turnieju. Decyzja trenera, że najlepsi po Pro Tourach pojadą na kwalifikacje powoduje, że wszyscy będą się przygotowywali do Pro Tourów. Natomiast ten najważniejszy turniej będzie z konieczności po "drodze" . Z.S: Co byś zmienił w sposobie swojego trenowania? B.S: Na pewno przydałby się stały kontakt z psychologiem. Z.S: Jak ci się układa życie rodzinne? B.S: Bardzo dobrze. Niedawno urodziło mi się dziecko. Mam wspaniałą żonę. Nie muszę już grać w totka, bo najwyższą wygraną mam już w kieszeni - moją żonę (śmiech). W momencie decyzji wyjazdu do Niemiec rzuciła dla mnie wszystko i pojechała ze mną. Będę jej za to zawsze wdzięczny. Było jej bardzo ciężko na obczyźnie. Jedynym hobby było czytanie waszej strony (śmiech). Moja żona (teraz już poważniej) naprawdę bardzo często ją odwiedzała. Z.S: Potem zdecydowaliście się na powrót do Polski... B.S: Głównym powodem powrotu była pomoc przy opiece nad naszym małym synkiem. W Düsseldorfie miałem wspaniałe warunki do trenowania, a i sparingpartnerów trudno sobie wyobrazić lepszych. Nie było też konfliktu pomiędzy mną, a Dirkiem Wagnerem (trener pierwszego zespołu). To dobry fachowiec i szkoleniowiec, którego bardzo dobrze wspominam. Co do moich rzadszych występów w pierwszym zespole - było to raczej wynikiem kontraktów podpisanych przez innych zawodników (gwarantujących dużo występów w pierwszy zespole), niż złą wolę Dirka. Zresztą mam stałe zaproszenie do Düsseldorfu. Z.S: Jak będzie teraz wyglądał twój codzienny trening? B.S: Na co dzień będę mieszkał i trenował w Gdańsku. Mam też w planie częste treningi w Düsseldorfie i Grenzau. Z klubem MKTS "Trasko" Ostrzeszów mam podpisany roczny kontrakt. Klub daje mi wolną rękę w moich planach treningowych i sposobie trenowania. Muszę tylko dojeżdżać na mecze i robić punkty (śmiech). Z.S: Kto jest głównym sponsorem waszego klubu? B.S: Pan Marian Dejneka - właściciel firmy " Trasko". Bez niego byłoby ciężko. Z.S: Powiedz mi na koniec - kogo w pingpongowym środowisku lubisz najbardziej? B.S: Jarka Tomickiego i Karola Szotka. Z.S: Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę spełnienia wszystkich marzeń i celów, tych zawodowych i osobistych. B.S: Ja również bardzo dziękuję i pozdrawiam wszystkich sympatyków tenisa stołowego. Rozmawiał Zbyszek Stefański
|









