Skip to content

Home Rozmówki Niezapomniany Kornel Kubaczka - wywiad ze Stefanem Dryszelem
Niezapomniany Kornel Kubaczka - wywiad ze Stefanem Dryszelem PDF Drukuj Email
Wpisany przez Zbyszek   
czwartek, 23 grudnia 2010 18:29

Lata świetności sekcji tenisa stołowego AZS Gliwice nauczyły nas, że Kornela

Kubaczkę (1933-1996) określały czyny. Co zrobić z ową resztą w człowieku,

którą odkrywamy? Na pewno, tego świetnego, heroicznego życiorysu sportowego

 nie wolno zapomnieć. Już wkrótce kolejna edycja memoriału im. Kornela Kubaczki.

 

Andrzej Krypel - W gliwickim światku tenisa stołowego, Kornela Kubaczkę

zapamiętano, jako znakomitego trenera. Jaki miał wpływ na rozwój pana

sportowej kariery?

Był pan przecież wielokrotnym medalistą Mistrzostw Śląska i Polski, medalistą

Mistrzostw Świata w Goeteborgu i Mistrzostw Europy w Moskwie, Pradze

i Eindhoven. Wieloletnim trenerem Reprezentacji Polski Seniorów.

Stefan Dryszel - Wpływ tak fundamentalny, że uważałem go prawie, za drugiego

ojca, bo ukształtował mnie niemal od podstaw, dość wcześnie mną się zajmując.

Zacząłem dojeżdżać na treningi do Gliwic, gdy byłem w V-tej klasie szkoły

podstawowej, czyli miałem 11 lat. Pamiętam takie wydarzenia, które zapadają

w pamięci na wiele lat. Pamiętam, jakim było niezwykłym przeżyciem, gdy

przyjechałem do AZS’u na trening i zobaczyłem pierwszą drużynę: p.

Romana Podwórnego, Adama Cyrusa, Bronisława Gowina i Kornela Kubaczkę.

Dla mnie to był szok.

AK. To była jakby pierwsza półka, bo przecież niektórzy z nich,

brali udział w Mistrzostwach Świata w Pekinie (‘61r.) i w Pradze (‘64r.)

SD. Tak, nasz najwyższy szczebel rozgrywek i gdy zobaczyłem ich grę,

to wydawało mi się, że to jakiś kosmos nie do osiągnięcia dla mnie.

Byłem zafascynowany tym wszystkim i trenując gdzieś obok, nieustannie

podpatrywałem swoich mistrzów.

AK. Czy jakieś ich wspomnienia z MŚ utkwiły panu w pamięci? 

SD. Byłem za młody, aby pamiętać ich wspomnienia. W zasadzie p. Kornel

w tym sezonie, kiedy przyszedłem do Gliwic, kończył swoją zawodniczą

karierę. To było moim szczęściem, bo mógł się mną zaopiekować.

I on to zrobił. Okazało się, że nie tylko ja obserwowałem pierwszą

drużynę, ale oni również łowili kątem oka, tego małego łebka, który

grał nadzwyczaj dobrze, jak na swój wzrost i wiek. Pamiętam, gdy podszedł

 do mnie i mówi – Chłopcze, ile ty masz lat?  Jedenaście. - A kto cię tu

 przyprowadził? A ja mówię – No, pan Mieczysław Pięta. - To ja się tobą

 zaopiekuję. To były jego słowa. I ja to pamiętam. Ponieważ widział we

mnie niepospolity talent, dbał o to, by go nie zmarnować. Był dla mnie

głównym sparingpartnerem, czyli grałem i trenowałem z kimś, kto był o

 wiele lepszy ode mnie, a to ułatwiło mi start w mojej sportowej karierze

 i robiłem szybkie postępy. Pan Kornel nie robił prostych błędów, piłka nie

 spadała co chwilę ze stołu, ta piłka trzymała się stołu. Także, ilość

powtórzeń danego ćwiczenia, zawsze wzrastała i to było dla mnie bardzo

 korzystne.

Druga sprawa. Korygował mój backhand, bo byłem samoukiem.

W Stanicy nikt mnie nie uczył techniki. Był forehand w miarę technicznie ułożony.

 Natomiast, ruch backhand’owy był połamany i na to wszystko p. Kornel

poświęcił wiele czasu, aby go wyprostować. Jednak w całej  mojej karierze, ten

backhand był słabszą stroną, ale udało się to zmienić na tyle, że nie

przeszkadzał mi w grze - tak bym to nazwał. To też jest zasługą p. Kornela.

Nie bez przyczyny powiedziałem, że traktowałem go jak drugiego ojca,

a on mnie jak syna. Doszło do zabawnego epizodu, gdy zostałem powołany

na jakieś zawody.

Nie pamiętam, czy to była NRD, czy Czechosłowacja. W każdym bądź

razie, byłem powołany do kadry kadetów, lecz zapomnieliśmy o jednej

ważnej rzeczy. Jako niepełnoletni, potrzebowałem zgodę notarialną 

rodziców na wyjazd za granicę. Musieliśmy to szybko załatwić, bo

następnego dnia wyjeżdżaliśmy, a mój ojciec był kilkaset metrów

pod ziemią w kopalni „Gliwice”. Na całe szczęście, jego dowód

osobisty został w domu. Pan Kornel pojechał po mamę do Stanicy,

zabrali dowód ojca i pojechali gdzieś do notariusza.

Przedstawił się jako mój ojciec i podpisał zgodę notarialną na mój

 wyjazd. No, to była totalna komedia. Nie wiem do dziś, jak to

 się udało. Może ten notariusz był znajomym, bo przecież w

porównaniu ze zdjęciem, ewidentnie miał do czynienia z dwiema,

 różnymi osobami. To był dla mnie naprawdę rekord świata, co zrobił

 p. Kornel. Gdyby nie ten sprytny zabieg, to nie pojechałbym na te

 zawody.

Straciłbym w jakimś stopniu, nagrodę za dotychczasowe osiągnięcia.

Była to jedna z weselszych przygód, jakie przeżyłem z p. Kornelem. 

Druga historia. Kiedyś nie było podziału na ligę męską i kobiecą.

Skład drużyny ligowej stanowiło trzech mężczyzn i kobieta. Pan

i Czesia Noworyta była wtedy czwartą osobą. A potem system

 rozszerzono do czterech mężczyzn i dwóch kobiet. Wyglądało to tak,

 że tych czterech mężczyzn grało każdy z każdym, kobiety miedzy sobą, dwa deble

 i dwa miksty. 24 partie rozgrywano w ciągu jednego meczu ligowego.

Proszę sobie wyobrazić – 12 osób na jednym stole i ile czasu trwał taki mecz?                                                                                                                                                        

I zabawna historia z tym związana. Były mniej więcej,  podobne warunki

 jak dziś (mróz, śnieg). Polska grała wtedy w Superlidze Europejskiej.

Mieliśmy ważny mecz o utrzymanie w grupie z Węgrami.

Nie wiem z  jakich powodów, Węgrzy wówczas grali bez

najsilniejszego składu, bez Joniera, Klampara lub Gergely’ego,

więc pojawiła się szansa, żeby tych Węgrów ograć.

Na ten mecz, który miał odbyć się w Tarnobrzegu, powołano

panią Noworytę, Marka Skibinskiego – grającego w AZS’sie i Witolda

 Woźnicę, a myśmy mieli dojechać, zostając już na mecz ligowy

z Siarką Tarnobrzeg. Umówiliśmy się w Gliwicach na rynku „Pod Arkadami”.

Ruch drogowy odbywał się jeszcze wokół ratusza po kostce brukowej.

Pamiętam, mieli z nami jeszcze jechać Wojtek Waldowski

 i Daria Waszczuk. Czekaliśmy kilka godzin, a pana Kornela

wciąż nie ma.

Nie było komórek, żeby się kontaktować, w pracy go nie było -

pracował w biurze projektowym.

Po czterech godzinach p. Kornel wreszcie przyjechał.

Miał Fiata 125p i gdy wszedł do samochodu, w przerdzewiałym podwoziu

utkwiła mu noga, więc musiał jechać do blacharza, żeby mu to wszystko

pospawał.

Nie mogliśmy przecież jechać takim samochodem, stąd to spóźnienie.

Problem większy był z powrotem, bo dochodziły trzy osoby, które już były w Tarnobrzegu.

A z Tarnobrzegu do Gliwic koleją, to nie była taka prosta sprawa,

 z powodu licznych przesiadek.

Ostatecznie doszło do tego, że wcisnęliśmy się do samochodu w komplecie

 – 7 osób. Całe szczęście, że ze zreperowaną podłogą, bo mogliśmy tę

 podłogę stracić w czasie powrotnej podróży.

Jednak teraz zaczęły się komplikacje z oświetleniem, światła nam zaczęły

gasnąć.

Jadąc, trzymaliśmy się jakiegoś oświetlonego samochodu.

W pewnym momencie, nieoczekiwanie światła zaczęły działać, a dosłownie

kilometr dalej stała milicja, więc mieliśmy ogromne szczęście, że nas nie złapali.

Dlatego pana Kornela, uważałem za wielkiego szczęściarza w takich sytuacjach.                                                                                                                                                      

Takie to wspomnienia wesołych przygód.

Oprócz tego, co mogę powiedzieć. On mnie traktował w zasadzie jak syna.

Nawet czasami słyszałem z różnych źródeł, że żona pana Kornela,

miała żartobliwe i delikatne pretensje o to, że więcej czasu poświęca

mnie, niż swoim dzieciom. A przecież miał córkę Asię i syna Kornela.

AK. Pewnie dlatego, że musiał się wywiązać z notarialnych obietnic?

cdn.

 

 

 
Komentarze (1)
1 czwartek, 23 grudnia 2010 19:22
Ibiz
Zbyszku, mam prośbę.U mnie ten tekst jest nieczytelny ponieważ "wchodzi" pod menu główne. Szkoda, bo tekst fajny. Tak na marginesie, to przy przepisywaniu tekstu zdarzyły się błędy ortograficzne.Proszę o poprawę.

Dodaj swój komentarz

BoldItalicUnderlineStrikethroughSubscriptSuperscriptEmailImageHyperlinkOrdered listUnordered listQuoteCodeHyperlink to the Article by its id
Bardzo szczęśliwyUśmiechMrugaSmutnyZaskoczonyZszokowanyZdezorientowanyFajnieŚmiać sięSzalonyObrażonyZakłopotanyPłacze, bardzo smutnyZły, wściekłyWirujące złoPrzewraca oczamiKrzyczyPytaniePomysłStrzałaNeutralnyPan ZielonyDziwakSuper dziwak
Imię:
Komentarz:
  Tekst do weryfikacji. tylko małe litery bez spacji.
Weryfikacja tekstu:

Partnerzy

AZS
Politechnika Rzeszów

MSTS"Stefanski"

 

 

Sklep

Ostatnie komentarze

Pod dywanem czuć alkohol
Faktycznie jak się nie podaje nazwisk to jest to informacja …
poniedziałek, 21 maja 2012 21:51 Więcej …
przez eurofan

Pod dywanem czuć alkohol
Kto prosi o nie rozpowszechnianie? Gdyby była jakakolwiek ws…
poniedziałek, 21 maja 2012 11:10 Więcej …
przez ZZZ

Pod dywanem czuć alkohol
Apelujemy do właścicieli stron internetowych o nie rozpowsze…
poniedziałek, 21 maja 2012 10:47 Więcej …
przez Ohyda

Ceny
To już każdy wie. Można za to kupić 8 chińskich Friendschipó…
poniedziałek, 21 maja 2012 10:36 Więcej …
przez ekspert