| ME 2011 - koniec pewnej epoki? |
|
|
|
| Wpisany przez Zbyszek | |||
| środa, 26 października 2011 07:44 | |||
|
Mam świadomość, że kreśląc te słowa narażę się wielu osobom. Mam jednak wiarę i nadzieję, że przynajmniej parę osób potraktuje tą ocenę jako pole do przemyśleń.
ME w Gdańsku były wielkim historycznym wydarzeniem i świętem dla naszej dyscypliny. Ogromnie żałuję, że nie mogłem w nim uczestniczyć. Moja ocena oczywiście jest subiektywna. Starałem się jednak odczekać już tydzień od zakończenia mistrzostw, poczytać trochę na forach internetowych o mistrzostwach, porozmawiać z innymi osobami, by nabrać dystansu. Mnie osobiście z racji pełnionego zawodu i wykształcenia najbardziej zajmuje ocena sportowa mistrzostw. Jednak problem jest szerszy i moim zdaniem wykracza poza ramy tylko czysto sportowe. Długo zastanawiałem się nad główną tezą niniejszego felietonu. Można by w nieskończoność wypisywać krytyczne oceny dzisiejszego stanu rzeczy. Jednak o tym była już na łamach tego i innych portali. Zmieniła się też nieco moja krytyczna ocena stanu posiadania polskiego tenisa stołowego. Zmieniła się, ponieważ widzę bardzo wyraźnie olbrzymie serce i zaangażowanie wielu działaczy i trenerów w rozwój (a raczej próby rozwoju) tenisa stołowego w Polsce. Jednak stwierdzam, że na dzień dzisiejszy polski system szkolenia i poziom wiedzy polskich trenerów nie jest w stanie wychować, wykreować zawodnika, czy zawodniczki polskiego pochodzenia na poziomie seniorskiej czołówki europejskiej. Zgodzimy się też chyba wspólnie wszyscy, że o czołówce światowej na wiele lat możemy zapomnieć. Jest to tym bardziej widoczne i symptomatyczne, że przeżywamy chyba największy kryzys europejskiego tenisa stołowego od pół wieku. Jest tego wiele przyczyn z których za bardzo ważny uważam masowy napływ zawodników chińskiego pochodzenia do Europy. Zrobiono nam w ten sposób o wiele więcej krzywdy, niż pożytku. Nie chciałbym tutaj absolutnie pomniejszać roli i znaczenia Li Qian i innych naszych kadrowiczów chińskiego pochodzenia dla polskiego tenisa stołowego. Problem jest dla mnie bardziej ogólnoeuropejski i obnażył słabość, lenistwo i brak kompetencji europejskich trenerów, działaczy i menadżerów. Nie będę jednak w tym miejscu bardziej rozwijać tego tematu, bo będzie na to poświęcony osobny felieton. Jeśli tak przeciętni zawodnicy jak Karakasevic, czy Ivancan przywożą z ME medale to, gdzie jest nasz tenis stołowy? Nie dziwi też w tej sytuacji sukces Li Qian, która jest prowadzona przez Zbyszka Nęcka praktycznie samodzielnie w całkowitym oderwaniu od polskiego systemu szkolenia. Co by było, gdyby Li Qian była szkolona w którymś z centralnych ośrodków? Byłaby medalistką ME, zwyciężczynią turnieju TOP 12 itd.? Śmiem wątpić. Niech już to pokaże polskim działaczom i trenerom, że idą złą drogą. Zbyszek Nęcek, który przecież nie jest dobrym warsztatowcem ciągle powtarza: Ja się chcę uczyć od lepszych od siebie. Może to jest jego źródłem sukcesów? W turnieju drużynowym zajęliśmy odpowiednio 6 (kobiety)i 13 (mężczyźni) miejsce w Europie. Michał Dziubański słusznie postawił na ME na 2 zawodniczki polskiego pochodzenia, które jednak nie udźwignęły ciężaru odpowiedzialności i przegrały zdecydowaną większość najważniejszych gier. To poważna porażka jego koncepcji i filozofii treningu. Można oczywiście dyskutować o przyczynach takiego stanu rzeczy. Jednak zadajmy sobie najpierw pytanie: jakie miejsce byśmy zajęli na ME bez Li Qian i bez Xiu Jie? W Polsce trener szkoli zawodników na poziomie kadry bez jakiejkolwiek kontroli i wytycznych według lepszego, bądź gorszego widzimisię. Eksperymentuje według swoich wyobrażeń, praktyki zawodniczej (najczęściej trenerzy kadry przed objęciem swoich funkcji nie mieli wcześniej żadnej, bądź znikomą praktykę trenerską) zasłyszanych opinii i stwierdzeń. Pisząc kontrola mam na myśli osobę, bądź sztab osób o ustalonej renomie i sukcesach trenerskich i zawodniczych na poziomie Europy i świata. Dlatego na marginesie pisząc z ubolewaniem przyjąłem wiadomość, że Leszek Kucharski (jedyny żyjący uczestnik finału MŚ) musi opuścić kraj, bo nie ma dla niego pracy w kraju. Wielokrotnie pisałem krytycznie o pracy Leszka jednak jego doświadczenia szczególnie zawodnicze i te trenerskie są dla nas bezcenne. Nie znajdują też u nas w kraju uznania i miejsca inni uznani trenerzy (nie myślę tu oczywiście o sobie). To wstyd dla całego środowiska tenisa stołowego w Polsce. Na ilu seminariach polski trener kadry narodowej jest w ciągu roku w Europie i na świecie? Z kim się konsultuje w sprawie profilu szkolenia, obciążeń, przygotowania taktycznego, czy psychicznego? Jest sam! To po części też nie jego wina, bo w Polsce nie ma za dużo ludzi sukcesu z workiem medali z ME, czy MŚ. A już zupełnie tragicznie jest w kobietach, gdzie właściwie nie mieliśmy nigdy poważniejszych sukcesów. Na pracach z kobietami połamali sobie zęby tacy trenerzy jak Zbyszek Nęcek (tak, tak), Andrzej Kawa, Leszek Kucharski, Jurek Grycan i inni. Sam też wiem jak niesamowicie ciężko jest przeskoczyć mentalna bazę niemożności osiągnięcia sukcesu w żeńskim tenisie stołowym. W połowie lat 90-tych prowadziłem parę lat Anię Januszyk. Jednak właśnie – wszystkiego próbowałem sam myśląc, że jestem już najlepszy i wszystko wiem. Następny w kolejce jest Michał Dziubański, który zdaje się już od 3 lat jest trenerem kadry kobiet. Ma też jak nikt inny w historii bardzo duży potencjał i nieprawdopodobnie rozwojową grupę jakiej nie miał nikt inny przed nim. Li Qian poprzez Xiu Jie, Natalię Partykę, Kasię Grzybowską, a skończywszy na Magdalenie Szczerkowskiej i Klaudii Kusińskiej udowodniły to medalami na ME, a nawet młodzieżowych MŚ. Nigdy tego przedtem nie było i pewnie długo nie będzie. Z drugiej strony Michał ma bardzo dużą presję osiągnięcia wyniku, ale jest sam! W Polsce nie ma praktycznie, żadnego rodowitego trenera, który sam osiągnął wyniki z kobietami. Nie ma tak naprawdę kogo się poradzić! Wynik sportowy to nie tylko sam stół, piłeczka i trening – nawet ten najlepszy. Chodzi też w dużej mierze o asocjację – przebywanie z ludźmi sukcesu i słuchanie ludzi sukcesu. Dlatego też choćby z tego względu jest Rumunkom, czy Węgierkom łatwiej. Tam ciągle z jednej strony uaktualniana wiedza, a z drugiej wypracowane przez dekady i tradycje metody osiągnięcia sukcesów zawodniczki dostają na co dzień. My musimy się dopiero tego nauczyć! Pewnie też z tych powodów 16-letnia Rumunka ogrywa 22-letnią Kasię Grzybowską. Nie chodzi tutaj tylko o poziom wyszkolenia technicznego, ale mentalna stronę i całe pokolenia podobnie dobrze wyszkolonych i przygotowanych technicznie i mentalnie Rumunek, Niemek, czy Węgierek. Nie powinien to być jednak powód do usprawiedliwiania, ale tylko jeszcze większa motywacja do pracy. Uważam jednak, że Michałowi Dziubańskiemu należy się jeszcze 2 lata spokojnej pracy. Michał jednak musi zrozumieć, że nie może wszystkiego robić sam! Mój znajomy podczas ważnego seminarium w centralnym ośrodku tenisa stołowego w Duesseldorfie rozmawiał z tamtejszymi trenerami na temat ich zdania o trenerze Dziubańskim i jego sposobie pracy. Znają go tam bardzo dobrze, bo Michał przez wiele lat występował w Niemczech w meczach I i II Bundesligi. Przebywał też sporo miesięcy w roku na co dzień w Niemczech. Pytani o Michała odpowiadają: wiesz Dziubek ma własną wizję i sposób pracy, nie widzi szerzej... Coś w tym jest. Myślę, że czas na własna wizję minął i trzeba sie pytać i radzić lepszych od siebie. Czas mija, a nasze zawodniczki przegrywają z juniorkami! Polski tenis stołowy musi się otworzyć na zewnątrz, na nowinki, może na zatrudnianie zagranicznych trenerów? Jednak by go osiągnąć trzeba wyjeżdżać, pytać się lepszych od siebie, bo lepszych od Polaków w Europie jest bardzo dużo. Mamy zdecydowanie za mało startów w kategoriach młodzieżowych, a polska liga mimo czynionych wysiłków jest jeszcze słaba. W Niemczech - jak kiedyś porównywałem - zawodnik kadry wojewódzkiej danego landu ma więcej startów międzynarodowych, niż zawodnicy ścisłej kadry narodowej Polski. Już wiele razy pisałem, że w czasie ferii w Polsce, co 1-2 tygodnie powinny się tylko zmieniać ekipy w busie jadącym na dziesiątki i setki turniejów organizowanych w Niemczech i w zachodniej Europie. Trzeba też szkolić polskich zawodników wszechstronniej. Dzisiaj polski zawodnik gra tak samo: bekhend – forhend rotacja z dwóch stron. Nie umiemy grać na obronę pomimo obecności w kadrze 2 obrończyń. Blokuje się w ten sposób rozwój polskich zawodniczek. Natalia Partyka nie ma szans zaistnieć europejskim tenisie jeśli nie nauczy sie grać przeciwko defensywie. Napisałem o tym (zresztą to nie tylko problem Natalii) całe elaboraty i nie chce mi się powtarzać. Robienie z tej zawodniczki nadziei polskiego tenisa stołowego najwięcej szkody robi samej zawodniczce. Myślę, że pociąg mógł już odjechać i Natalia dołączy do rzeszy przeciętnych zawodniczek europejskiego formatu. Mimo to jeszcze raz wyrażam publicznie uznanie dla tego, co osiągnęła i tego, co robi Natalia poza stołem tenisowym. To wielki skarb polskiego tenisa stołowego i najbardziej rozpoznawalna obok Lucjana Błaszczyka pingpongowa osobistość w Polsce. Wszystkie moje krytyczne uwagi pisane wciągu ostatnich lat wynikały tylko z chęci zwrócenia uwagi na błędy popełniane w procesie jej szkolenia (nadmierne eksploatowanie, brak umiejętności gry na obronę, nieumiejętność skończenia akcji, itd). Bardziej interesująca wydaje mi się Katarzyna Grzybowska, która chyba jednak nie trafiła z formą na tą imprezę. Słabe krótkie techniki, wolna przy stole i chyba niewierząca za bardzo w sukces, ale ta ostatnia uwaga nie musi być wcale trafiona. W drużynówce bez Li Qian moglibyśmy pomarzyć o grze w pierwszej dywizji, a najlepsza zawodniczka poza Li Qian nie wyszła 2 rundę. O wynikach w turniejach drużynowych mówił Zbyszek Nęcek, który trochę w dyplomatycznych, ale czytelnych słowach słusznie mówił, że nie można myśleć o medalu jeśli punktuje praktycznie jedna zawodniczka. Dlatego (przepraszam Cię Michał) uważam, że start kobiecej reprezentacji na mistrzostwach organizowanych w Polsce jest bardzo nieudany. Na bardzo słaby wynik mężczyzn na pewno miała wpływ sytuacja ze strajkiem 4 najlepszych polskich zawodników. Tutaj moja uwaga o bardzo pozytywnej roli i decyzji prezesa Weissbrodta i zarządu PZTS-u o przywrócenie zawieszonych zawodników do gry. Szczytem nieodpowiedzialności była wypowiedź ministra Adama Giersza, który tuż przed rozpoczęciem imprezy bezkompromisowo i krytycznie ocenił postępowanie strajkowiczów. Dlaczego nie zrobił tego od razu po Spale, albo dlaczego nie zaczekał do końca imprezy? Totalna ignorancja, czy plan? Musiało to wpłynąć negatywnie na psychikę i morale zawodników, co oczywiście nie usprawiedliwia ich w sumie słabego występu. Oczywiście występ naszych seniorów jest również zły, bo żaden z nich poza Polakiem urodzonym w Chinach nie wyszedł poza 2 rundę! To właściwie powinno przesądzić o zmianie na stanowisku trenera kadry narodowej mężczyzn. Tomaszowi Krzeszewskiemu zrobiono bardzo dużą krzywdę powołując go na stanowisko kadry narodowej seniorów parę lat temu. Bez żadnego wcześniejszego doświadczenia trenerskiego, w oddalonej Ostródzie próbował forsując własne pomysły i filozofię zrobić wynik w Europie. Niech Tomek wróci do źródeł, zacznie sam szkolić narybek i niech udowodni wynikami z własnymi wychowankami, że ma pojęcie o tenisie stołowym. A pojęcie ma i to duże. To nie był ten czas. Wierzę, że Tomasz Krzeszewski pokaże na co go stać i odegra ważną rolę w polskim tenisie stołowym. Muszę przyznać, że przy okazji różnych wielkich imprez z dużą przyjemnością słucham fachowych komentarzy Tomasza Krzeszewskiego, Leszka Kucharskiego, Marcina Kusińskiego, czy Stefana Dryszela. Naprawdę w bardzo fachowy, a jednocześnie przystępny sposób opisują i komentują przecież złożoną grę jaką jest tenis stołowy dla kibica w kapciach. Podkreślają znaczenie międzynarodowych kontaktów, potrzebę umiejętności gry na obronę itd.. Jednak pytanie do was: panowie jeśli tak to wszystko wiecie to dlaczego będąc na tak eksponowanych stanowiskach nie dopilnowaliście wielu elementarnych spraw: 1. Poprawy umiejętności gry na obronę 2. Konieczności szkolenia obrońców 3. Zróżnicowania grup szkoleniowych pod względem stylu gry Na tym tle zupełnie blado wypada dział szkolenia kierowany przez Tadeusza Szydłowskiego. Nie widać koncepcji, metod kontroli i egzekwowania od trenerów prowadzenia i zapisywania treści codziennych zajęć szkoleniowych. Jak wtedy wyciągać wnioski z nieudanych występów nie wiedząc, nie pamiętając, co się robiło? Czy jest wiadomo, co robiła Natalia Partyka np. 21.10.2009 roku? Jak trenowała, z kim trenowała, jakie były obciążenia? Czy ktoś to kontroluje, ocenia, sprawdza? Nad polskimi trenerami powinien sprawować funkcję nadzorczą trener – dyrektor, który w konsultacjach ze sztabem szkoleniowym, środowiskiem i biorąc pod uwagę aktualne międzynarodowe nowinki w szkoleniu powinien ustalać trendy i akcenty w szkoleniu. Taka osoba powinna mieć też możliwość egzekwowania ustalonych spraw i powinna odpowiadać tylko przed prezydium zarządu, bądź przed samym prezesem. Taki polski Dirk Schimmelpfennig. Lucjan Błaszczyk To wielka strata, że Lucjana Błaszczyka PZTS godnie nie pożegnał lub nie mógł pożegnać podczas ME. Trudno mi na odległość tylko na podstawie rozmów i informacji stwierdzić po której stronie jest wina, że pożegnanie się nie odbyło. To taki typowy przykład polskiego piekiełka, gdzie żadna strona nie mogła się wznieść ponad urażone ambicje. Lucek jest dla polskiego tenisa stołowego graczem niezwykle zasłużonym , a jego doświadczenie międzynarodowe i szerokie kontakty są bardzo polskiemu tenisowi stołowemu potrzebne. Nie wiem jaką rolę dokładnie Lucek odegrał w głośnym strajku zawodników. Z tego, co pamiętam pierwszy list do zarządu podpisał. W tej sprawie stoję w 100% po stronie zawodników. Wreszcie ktoś głośno powiedział dość z prowizorką, bałaganem i niekompetencją. Z nieoficjalnych rozmów wiem, że Lucjan Błaszczyk podczas ME był persona non grata. Lucek wrócił do kraju, gdzie chce inwestować własne pieniądze we własne przedsięwzięcie. Wielu się to nie podoba, bo niezależność w naszej dyscyplinie i własne zdanie jest towarem niepożądanym. Ja życzę Luckowi jak najlepiej, bo inwestuje w polski tenis stołowy. Organizacja mistrzostw Wszystko, co dobre o ME można usłyszeć i przeczytać na polskich i zagranicznych forach w temacie organizacji. Wszyscy chwalą dobrą organizację, wspaniałe warunki do gry, bardzo dobrą bazę hotelową i doskonałe wyżywienie. Były niedociągnięcia, ale się one zdarzają każdemu przy okazji tak dużych imprez. Wielkie brawa! Transmisje telewizyjne Następna bardzo ważna sprawa. Telewizja TVP Sport przeprowadziła wielogodzinne relacje live z mistrzostw. To wielki plus dla organizatorów. Mogliśmy wiele godzin oglądać na żywo pojedynki najlepszych w Europie. Bardzo mi się podobał fachowy komentarz Marcina Kusińskiego. Odpowiedzialność ze strony związku Jestem ciekawy, czy PZTS wyciągnie konsekwencje (myślę, że nie) z winnych doprowadzenia do sytuacji strajkowej czołowych polskich zawodników? Jestem też ciekawy, czy PZTS wyciągnie konsekwencje (myślę, że nie) z winnych osób, które przyczyniły się do jakże ważnego międzynarodowego zgrupowania w Ostródzie? Ośrodki tak czy nie? Oczywiście, że tak, ale pod warunkiem, że z jednym zdecydowanie wiodącym i kilkoma regionalnymi. Jeśli dobrze się sprawdzają ośrodki klubowe, czy gminne (Nadarzyn, Lidzbark, Tarnobrzeg) to też trzeba im pomagać. Trzeba też inwestować pieniądze w pojedynczych utalentowanych zawodników i ich trenerów ulokowanych w różnych miejscach w Polsce, a nie mogących z różnych przyczyn uczestniczyć w treningach w centralnych ośrodkach. Taki Timo Boll nigdy nie był w żadnym ośrodku centralnym, a Dymitra Ovtcharova nauczył grać tata w swoim domu w piwnicy. Związek wkraczał, gdy musiał i nie przeszkadzał. W wiodącym ośrodku w Gdańsku powinni pracować najlepsi trenerzy, którzy potwierdzili, bądź potwierdzają swoją pracą i wynikami, że gramy (lub możemy grać) w czołówce europejskiej. Ich praca powinna być na bieżąco monitorowana i na bieżąco uzgadniana z głównym trenerem – dyrektorem o niepodważalnym dla wszystkich autorytecie. Być może powinna to być osoba zza granicy. Nie dziwię się, że jest wielu sceptyków koncepcji ośrodków. Zabiera się dzieci z domów, najlepszych zawodników z lokalnej tenisowej społeczności, a potem po paru latach okazuje się, że mamy kolejnego średniego ligowca. Polsce trzeba wyniku polskiego, czy seniora wywodzącego się z ośrodka. Tylko wtedy można w 100% potwierdzić, że koncepcja ośrodkowa w Polsce jest słuszna. Czy mamy taki wynik? Trenerzy Czy ktoś dokonał analizy jacy trenerzy w warunkach polskich są multimedalistami MP? Czy ktoś dokonał analizy jacy trenerzy, jakie kluby, regiony są dostarczycielami zawodników do ośrodków i kadr narodowych? Czy ktoś dokonał analizy jakich trenerów, klubów, regionów zawodnicy są medalistami młodzieżowych imprez? Dlaczego nie zrobić takiego rankingu? To nasz skarb zupełnie moim zdaniem niewykorzystywany. W Polsce wystarczy mieć dobre zawodnicze nazwisko, by zostać trenerem kadry narodowej i spijać miód z ciężkiej pracy tych na dole. Dlaczego nie sięgnąć po takie nazwiska od których nasi trenerzy kadry (i odwrotnie) wiele mogliby się nauczyć.? Takie połączenie praktyki z obyciem międzynarodowym mogłoby dać wspaniałe efekty. To na osoby pracujące gdzieś na dole, w ciężkich warunkach, za psie pieniądze powinny również iść środki. Sam chętnie wyposażę w sprzęt jednego z nich i podejrzewam, że takich osób, firm znalazłoby się więcej. Jest wiele innych dyżurnych tematów, które od lat zamiata się pod dywan: 1. Stypendia sportowe dla utalentowanych zawodników i trenerów. Pan Waldowski w udzielonym wywiadzie pytał się gdzie lokowane są pieniądze od firmy Andro? Jak sam mówi cześć z nich miała być przeznaczona na stypendia i rozwój perspektywicznych zawodników. 2. Branżowe pismo. Dlaczego od lat sprawa stoi w miejscu, a PZTS spokojnie przygląda się jak padają kolejne pisma pingpongowych marzycieli i pasjonatów? Podobno w szafie jest gotowy projekt takiego przedsięwzięcia. Dlaczego mimo wielu monitów lekceważy się tak ważną dla przepływu i wiedzy i informacji kwestię? Głupota, czy ignorancja? 3. Dlaczego nie ma przepływu informacji pomiędzy trenerami kadry, a trenerami, instruktorami pracującymi w terenie? Trzeba opracować wytyczne dla tych ostatnich jak pracować, jakie są aktualne trendy, jak szkolić itd. Świetnie to robi Niemiecki Związek co roku opracowując i wysyłając drogą elektroniczną takie wytyczne do zainteresowanych. Wielokrotnie o tym pisałem. 4. Reforma systemu rozgrywek z niepotrzebnymi nikomu OTK-ami. 5. Żenująco niskie pensje dla trenerów kadry i umowy śmieciowe dla trenerów współpracujących z kadrą. Kto jak to, ale to PZTS powinien zacząć kreować etos zawodu trenera tenisa stołowego w środowisku. Jednym z głównych tego przejawów są godziwe pieniądze dla trenerów. Na koniec życzliwa rada dla włodarzy polskiego tenisa. Myślę, że pomocnym (a moim zdaniem niezbędnym) byłby ogłoszenie międzynarodowego Grantu pt: Projekt systemu szkolenia tenisa stołowego w Polsce. Chętnie bym w nim uczestniczył opracowując całościowy system szkolenia w Polsce obejmujący wszystkie dziedziny tenisa stołowego w naszym kraju. NA KONIEC Zdaję sobie sprawę, że nie dotknąłem wszystkich spraw. Jest to niemożliwe przy takim ogromie spraw. Moja ocena też jest subiektywna, ale niech postronni wiedzą, że dobro polskiego tenisa stołowego leży mi głęboko na sercu. Dlatego tych, których uraziłem proszę o wyrozumiałość i zrozumienie. Szanuję was za to, co robicie, ale trzeba pracować więcej, lepiej i bez wzajemnej zawiści. Czytając moje rozważania nie musicie się z nimi zgadzać, ale przynajmniej je rozważcie, bo nie są pisane w duchu konfrontacji i krytyki, ale w intencji pomocy. Ale nie chcę się też wstydzić wyników polskich zawodników mieszkając za granicą i pracując jako trener tenisa stołowego. Ja nie widzę siebie w Polsce na dzień dzisiejszy, bo musiałbym zmienić praktycznie wszystko, a to jest wielu nie po drodze. Pozdrawiam wszystkich. Zbyszek Stefański
|










I podobnie jest z naszymi ocenami, ale parę prawd jest constans.
ME się skończyły i należą do historii przeszłej, a jaka będzie przyszła, to kto to wie. Oczywiście możemy wpływać na nią, tylko jak wpływać, gdy nie wiemy czego oczekiwać od przyszłości. Polski tenis stołowy potrzebuje CELU, krótko, średnio, i długo terminowego. I te cele powinny zdeterminować drogę którą możemy dotrzeć do tych wyznaczonych CELÓW.
Można powiedzieć, że to dyrdymały, takie pleple, ale czasy tylko chałupnictwa, czy zrób to sam dawno minęły. Trzeba stworzyć system, który wykorzysta i formę zorganizowaną, i chałupniczą.
Polski tenis stołowy ma ten problem, że wszyscy zaangażowani, decyzyjni uważają że kłopoty same się rozwiążą, uważają, że to ONI są tą solą dyscypliny, a przypadkowe wyniki sportowe utwierdzały ich w tym przekonaniu. Wyniki takiego myślenia znamy.
Wielu uważa, że dla ratowania dyscypliny należy przeprowadzić jej dogłębne oczyszczenia: postawienia znaku stop dla dotychczasowych prominentów, inni uważają, że nie wszystko jest złe, itd. Cokolwiek byśmy nie mówili, trzeba coś postanowić.
Nie da się dokonać zmian, gdyż to wszystko zależy od ludzi, a o polskim tenisie stołowym nie decydują fachowcy, ale działacze klubowi, a tu działają różne spółdzielnie, różne koterie, którym zależy tylko na tym by było im dobrze, tym bardziej, że historia Andrzeja Kawy dowodzi, że nawet gdy chcemy, to i tak nic nie wychodzi.
Panie Zbyszku polski tenis stołowy stoi na klubach, nie na centralnych ośrodkach szkoleniowych, nie na trenerach kadry, tylko na klubach. Jeżeli nie poprawimy jakości pracy w klubach, to nie będzie wyników sportowych. Jednak by w klubach poprawić jakość szkolenia, to trzeba mieć kogo szkolić. W ciągu paru lat ilość wydanych licencji spadła o 50%, ile z tego jest juniorskich (i młodszych), seniorskich, ile kobiet, ilu mężczyzn. Z tych znanych cyfr, możemy powiedzieć, że średnia liczba zawodników w klubach to 10 –11 zawodników, a klubów jest niecały 1000. Czy to dobre proporcje, dla jednego trenera doskonałe, tylko jak podejrzewam, to są przede wszystkim już seniorzy, bez przyszłości.
Bez naboru, bez narybku, nie wyłowimy mistrzów, bo tu powiedzenie „że na bezrybiu i rak to też ryba” nie sprawdza się.
Trzeba przyciągnąć młodzież, trzeba wygrywać z konkurencją poza sportową, ale czy mamy taka zanętę, czy jest ta marchewka która ich przyciągnie?
Polski tenis stołowy trzeba zreformować, do jego reformy garną się ludzie, którym zależy na pudrowaniu spraw, i takich ludzi trzeba się wystrzegać.
Potrzebujemy, nowej ustawy o sporcie, bo ta obecna jest z takimi wadami prawnymi włącznie z nie konstytucyjnością niektórych zapisów, potrzebujemy jasnych norm organizacyjnych w związku, z jasno określonymi kompetencjami i odpowiedzialnością, potrzebujemy komunikacji, i transparentności w zakresie podejmowanych decyzji, i tak możemy mnożyć czego potrzeba.
I jeżeli to już określimy, to w tedy możemy sobie powiedzieć, jaki trener narodowy, czy taki jak klubowy, czy trener selekcjoner, czy trener edukator, czy trener szukający, czy kadra to klub sportowy, czy kadra to elita z elity.
By do tego doprowadzić potrzebujemy dyskusji, agory, gdzie będą przeważać argumenty, a nie inwektywy, gdzie dobro dyscypliny jest ważniejsze niż osobiste ambicje, ale czy to możliwe?
W Niemczech - jak kiedyś porównywałem - zawodnik kadry wojewódzkiej danego landu ma więcej startów międzynarodowych, niż zawodnicy ścisłej kadry narodowej Polski.
I w związku z tym pytanie: jak to sę ma do uwagi, poczynionej w innym miejscu, o zbyt dużych obciążeniach zawodników?
No i sprawa z kategorii podstawowych, którą pominął Pan zupełnie, a o której wspomniał "p.k.", mianowicie SYSTEM POWSZECHNEGO NABORU DO KLUBÓW, ZWŁASZCZA DO SEKCJI DZIECIĘCYCH I MŁODZIEŻOWYCH! Taki system nie tylko KOMPLETNIE NIE ISTNEJE i to nawet w klubach ekstraklasowych, zdobywających tytuły MP, ale kluby wręcz się przed tym bronią jak tylko mogą. Jak już kiedyś wspominałem, założenie, że talenty rodzą się wyłącznie w rodzinah byłych zawodników i działaczy, jest tyleż odważne, co nieprawdziwe. Tymczasem niech Pan spróbuje pójść z dzieckiem do takiego choćby Nadarzyna czy Piaseczna, nie mówiąc o innych, mniej znanych klubach, żeby zapisać dzieciaka do sekcji TS. Przekona się Pan, ile niedorzeczności potrafią wymyślić trenerzy (tak-tak: trenerzy! Nie tylko działacze), żeby nie przyjąć kandydata! Ulubionym argumentem jest ten, że dziecko jest... ZA STARE, bo ma już, powiedzmy, 11 lat! Zaraz rodzi słyszy teorię, że aby nauczyć sę grać w pingponga trzeba zaczynać w wieku 6-7 lat. Być może ktoś kiedyś w jakieś książce taki tekst popełnił, ale posługiwanie się tym argumentem miałoby sens, gdyby taki klub był nastawiony na komercyjną "produkcję" medalistów olimpijskich lub co najmniej ME. Tak chyba jednak nie jest?! Zapominają przy tym, ze sport, zwłaszcza młodzieżowy, pełni także ważną rolę wychowawczą, a nie jest tylko droą do sukcesu. Kompletnie nie interesuje ich - trenerów i działaczy - przy tym fakt, że KAŻDY DODATKOWY członek klubu, nawet przysłowiowy emeryt, to przecież źródło dodatkowego dochodu w postaci chociażby płaconych systematycznie składek. No, chyba że kluby są tak bogate, że na taki marny grosik nawet nie raczą spojrzeć...
Reasumując - już sama rozmowaz obecnymi działaczami i, niestety, także trenerami, to rzucanie grochem ościanę, i bez gruntownej wymiany ludzi NIC SIĘ W POLSKIM TS NIE ZMIENI.
Pozdrawiam
Acha, jeszcze jedno: dla takich kursó można byłoby nawet, jak sądzę, uzyskać dotacje unijne. Tylko czy kogoś w PZTS to obchodzi, a na dodatek czy umie sformułować poprawny wniosek?
wypraszam sobie gadanie o tym, że w Piasecznie nie przyjmuje się dzieci w wieku 11 lat. Co roku prowadzone są nabory, które ukierunkowane są na dzieci w wieku 6-7 lat - to fakt. I zawsze powtarzam, że jeżeli 11 letnie dziecko dobrze będzie się czuło w takiej grupie to serdecznie zapraszam. Bo trzeba zrozumieć, że zajęcia dla 6-7 latków wyglądają inaczej niż dla 11 latków. Inne jest podejście do takiego dziecka i inaczej ułożona jest sama struktura "treningu". Celowo w cudzysłowiu, bo to nie trening a zabawa raczej. Ale tego niestety nie zrozumie ten kto nigdy nie pracował z dziećmi, młodzieżą, czy kimkolwiek innym kto ma cokolwiek wspólnego z rakietką. Prowadzone są także zajęcia dla dzieci o większym zróżnicowaniu wiekowym i one również ukierunkowane są na "coś" innego...
sluchy chądzą ze pan Krzeszewski robi sobie grunt pod prace w Grodzisku , i grają oni w kadrze, pozyjemy,poczekamy , zobaczymy. Jezeli to prawda to bedzie to skandal!!!
Jak zawsze wszystko rozejdzie się po kościach i będzie jak było!!1
@Trener Wojt: na jakiej podstawie stwierdza się "zaburzenie koordynacji"? Było jakieś badanie lekarskie?
Pozdrawiam
http://www.returnpiaseczno.pl/news
Tak na gorąco i bez dokładnego sprawdzania. W tej chwili w Piasecznie prowadzone są trzy grupy: 1. grupa, nazwijmy to zaawansowana, gdzie grają zawodnicy od 11 roku życia do 18 roku życia + określeni sparingapartnerzy (lewa ręka, prawa ręka, czop krótki + obrońca). 2. grupa w drugim roku etapu wstępnego (od października 2010), składająca się (chłopcy i dziewczynki) 4 zawodników z 2004 roku, 4 zawodników 2003 + 2 zawodników z 2002 roku. 3 grupa (od października 2011) w pierwszym roku szkolenia: 1 osoba z 2002 roku, 4 osoby z 2003 roku, 4 osoby z 2004 roku, 2 osoby z 2005 roku i 2 z 2007 roku (przychodzą razem z braćmi), czyli łącznie 13 osób. W poprzednim naborze mieliśmy 15 osób, zostało 7 co uważam za duży sukces. Zobaczymy ile zostanie z tego naboru. Jeżeli przynajmniej połowa to też uznam to za ogromny sukces. Dodatkowo działa grupa rekreacyjna, gdzie uczestniczyć może każde dziecko. Dodam, że wypowiadam się tylko za ostatni czas, gdy mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że nabory były moją inicjatywą. Jak były organizowane? Było mnóstwo plakatów porozwieszanych we wszystkich szkołach podstawowych na terenie Piaseczna i nie tylko. Były rozmowy z dyrektorami szkół i niewielka akcja promocyjna w 3 szkołach. Była i jest prężnie działająca strona internetowa (www.returnpiaseczno.pl), był i jest filmik promujący (http://www.youtube.com/watch?v=yCcoOUJwReY) dostępny w kilku serwisach. Jest prowadzona strona na facebooku (http://www.facebook.com/pages/UKS-Return-Piaseczno/101732733254168?sk=wall). Pytasz o efekt i liczbę przyjętych dzieci? Przyjęliśmy wszystkie, które się zgłosiły - mam nadzieję, że zostanie przynajmniej taka sam liczba. Taki niestety jest odzew i tak postrzegany jest tenis stołowy. Chciałbym mieć ten komfort, żeby robić nabór ukierunkowany, robić testy sprawnościowe i wybierać tych najsprawniejszych. Ale jak się nie ma tego co się lubi, to się lubi co się ma. W każdym razie nie narzekam i czerpię PRZEOGROMNĄ FRAJDĘ z pracy z tymi maluchami i obserwowaniu jakie czynią postępy. Nikt tego nie zrozumie, kto nigdy nie miał okazji pracować "u podstaw". A wrażenie jak widzisz postępy dziecka, które nie umiało stać na jednej nodze na pierwszych zajęciach, a teraz umie na tej samej jednej nodze odbijać półwolej forhend - BEZCENNE! Było kilka telefonów odnośnie starszych dzieci i powtarzałem jak mantrę jak będzie dobrze się czuć w towarzystwie 6-7 latków - zapraszam! Nikt się nie zdecydował jednak! Dużo mógłbym na ten temat mówić, ale to może jednak w rozmowie prywatnej face to face, bo na forum internetowym to wszystko mżna napisać. Nie wierzysz? Zapraszam codziennie od 16.30 do 18.00 na zajęcia z "małymi szkodnikami" albo na 18.00 do 20.30 na zajęcia z "młodymi zawodowcami" - może się czegoś od Ciebie nauczę! pozdrawiam, Sawa
Tak, chęć do pracy, przez ile? miesiąc, dwa?
Zawsze może się zapisać na piłkę ręczną.
Jerry, trener musi mieć jakąś wizję, tak myślę. Ja jestem trenerem drugi rok dopiero.
Jerry, masz powiedzmy dwudziestu 10-latków, którzy chcą grać, co robisz? szkolisz wszystkich? ile? 5 minut na każdy trening?
co do koordynacji, takie mam przeczucie, że nic nie osiągnie, widzę jak gra, jak umie powtórzyć ruch bez piłki, jak umie powtórzyć ruch w grze. pozdro
http://www.laola1.tv/en/ar/table-tennis/ettu/award-ceremony-lucjan-blaszczyk/video/333-1929-65276.html