| Łączpol Gdynia |
|
|
|
| Wpisany przez Zbyszek | |||
| wtorek, 24 sierpnia 2010 07:47 | |||
|
Byłem przedwczoraj na ciekawym turnieju piłki ręcznej w Oldenburgu. Grały zespoły niemieckiej, duńskiej i rosyjskiej Bundesligi. Grała też IV drużyna Polski Łączpol Gdynia w którym gra moja siostrzenica Patrycja Kulwińska. Dzięki temu mogłem od kuchni przyjrzeć się całemu turniejowi i poczynić pewne obserwacje.
W sporcie o zwycięstwie decyduje przy wyrównanych umiejętnościach technicznnych, fizycznych i taktycznych najczęściej psychika i morale zawodników. Obserwowałem niemieckie zawodniczki, które nie wydawały mi się specjalnie lepiej wyszkolone od naszych zawodniczek. Były niższe i nie miały w swoim zespole tylu gwiazd. Jednak ich wiara, mentalność zespołu była nastawiona na wygraną. Niemki zaczęły mecz z dużym animuszem, wypracowały sobie na samym początku meczu przewagę, którą już nie oddały do końca. Potrafiły jednak wygrać w finale z czołowym rosyjskiem zespołem których broniła najlepsza bramkarka niedawnych MŚ w piłce ręcznej. Warto też przypomnieć, że Rosjanki te mistrzostwa wygrały. Z tym samym zespołem rosyjskim nasz mistrz Polski praktycznie nie miał szans w półfinale. Rozmawiając z dziewczynami (wspaniałe, dzielne, mające ogromne możliwości techniczne i mentalne) po tym meczu rzuciło mi się jednak w oczy niewiara we własne siły i nadmierna gloryfikacja Rosjanek. Dlaczego my jako nacja jesteśmy tak zakompleksieni i nie wierzymy we własne umiejętności? Dlaczego tak łatwo dajemy się ustawiać w szeregu? Dlaczego tyle w nas niesportowej przecież pokory i godzenia się na byle co? Andrzej Grubba i Leszek wyprowadzili nasz z pinpongowego niebytu właśnie dlatego, że wierzyli w siebie, nie dawali sie ustawiać w szeregu, nie byli pokorni i nie godzili sie na byle co. Mamy od wielu lat świetne wyniki w pingpongu młodzieżowym. Zdobywamy praktycznie, co roku worek medali na ME, czy nawet MŚ grup młodzieżowych. Potem jednak to wszystko ginie. Czyż jedną z przyczyn nie jest może brak wiary we własne siły polskich zawodników i trenerów? Od 13 lat organizuję w Polsce międzynarodowe obozy treningowe. Różny jest poziom sportowy biorących w nich udział zawodników. Jednak zdarzały mi się, że ich obsada była bardzo silna. Pewnego roku przywiozłem ekipę chłopaków z kórych każdy był, bądź otarł sie o kadrę Niemiec juniorów i kadetów. Przez pare dni mimo moich usilnych starań trenowaliśmy sami, bądź dawano nam do treningu zawodników młodszych i słabszych. Wreszcie udało mi się zorganizować na ostatnim, wieczornym treningu sparing z najlepszymi zawodnikami z Polski. To wtedy i dzisiaj znane nazwiska (jak i ich trener) w Polsce. Sparnig wygraliśmy... Kując żelazo póki gorące zaproponowałem wspólny trening, który miał się odbyć nastepnego dnia o 6.00. Przyszliśmy na czas... Pan trener narysował parę małych kwadracików na tablicy, omówił trenig, po czym dał nam jako sparingpartnerów 2 młodzików... Po dzis dzień dziwię sie, że nie wyszedłem wtedy z sali. Po co to piszę? Nie dlatego, żeby krytykować skądinąd bardzo dobrego trenera, ale, by uzmysłowić niewytłumaczlany dla mnie sposób myślenia i postępowania polskich szkoleniowców. Za komentarz niech posłużą słowa polskich piłkarek ręcznych na wspomnianym turnieju: Super, że tu przyjechaliśmy. Inne zagrania, inne zawodniczki, inny świat. Przecież my się wszystkie znamy na pamięć, w polskiej lidze gra się podobnie. Tylko się uczyć! Od 13 lat prawie nikt nie zaproponował mi wspólnych treningów, mieszania się zawodników itd. Chlubnymi wyjątkami są pan Wiesław Pięta, Grzesiek Nurzyński i Witek Chyliński. Czym jest to spowodowane: niewiarą, kompleksami, brakiem wizji, a może brakiem wiedzy o konieczności takich kontaktów? Swojego czasu wysyłałem np. do pomorskiego OZTS-u propzycje międzynarodowej współpracy, wymiany zawodników, wspólnych obozów itd. Nawet nikt się nie pofatygował, by odpowiedzieć. W czasie naszych rozmów z piłkarkami, czy trenerem Cieplińskim padały sformułowania: słaba liga, zły system szkolenia, słaba organizacja. Silna liga potrafi wykreować z przeciętnych zawodników reprezentantów kraju. Zmuszani bez ustanku do grania na granicy własnych umiejętności, by zdobyć punkt odkrywają nowe wymiary i możliwości swojej gry. To m.in dlatego dość przeciętnie utalentowani niemieccy zawodnicy jak Shall, Winter, Wosik, Franziska, Mengel tak szybko nam odjeżdżają. Są od lat profesjonalnie prowadzeni, a ich kariera jest zaplanowana na parę lat w przód. U nas po zakończeniu wieku juniora jest tylko panika w oczach i zagubienie niedawnych medalistów ME. Silna liga potrafi z utalentowanych zawodników wykreować zawodników wybitnych, medalistów ME, czy MŚ. Rosskopf, Boll, Ovtcharov, Suss i inni udowadniają to. Sukcesy ligowe (te rodzime i międzynarodowe) wpływają z kolei na morale zawodników. To nie przypadkowo trener Ciepliński po zawodach rozmawiając z zawodniczkami(Łączpol Gdynia zajął III miejsce w turnieju) mówił: chyba teraz trochę inaczej, macie medal, a nie jak na tych wszystkich młodzieżowych imprezach ciągle z tyłu patrzycie jak inne odbierają medale. Tak na marginesie zwycięski zespół z Oldenburga w opisywanym turnieju piłki ręcznej prowadził polski trener. Polak może i Polak potrafi. Trzeba tylko dać mu możliwości, godziwą zapłatę, a przede wszystkim w niego tchnąć wiarę i odwagę. Rok temu jeden z najbardziej utalentowanych polskich zawodników miał grać i trenować w Duesseldorfie z kadrą Niemiec juniorów i zawodnikami Bundesligi. Wszystko załatwiłem na prośbę zawodnika i taty, po czym odmówili. Czego my się boimy wiedząc jednocześnie, że ostatni polski zawodnik, który zrobił międzynarodową karierę w wieku 20 lat i odważył się grać w II lidze niemieckiej? Polska liga (przynajmniej do tej pory) i polski system szkolenia w ciągu statnich 20 lat wykreował głównie zawodników chińskiego pochodzenia przy cały szacunku do ich dokonań. Jednocześnie młodzi polscy zawodnicy wypluwani do dorosłego tenisa stołowego giną w szarzyźnie opuszczani przez sponsorów i nie mający z reguły profesjonalnej opieki trenerskiej w wieku seniora. Czy o to nam chodzi? Zbyszek Stefański
|










pozdrawiam
buczer